
czyli wyczyny Marka Weckwertha, naszego kolegi, dziennikarza Gazety
Pomorskiej, którego wyprawy sponsoruje nasza firma.
O
swoich osiągnięciach pisze się trudno i niezręcznie. I nie zmienia
tego fakt, że zawodowo zajmuję się dziennikarstwem ("Gazeta
Pomorska" w Bydgoszczy). Cóż jednak zrobić? Tak jak wcześniej
wiosło, tak teraz trzeba mocniej ująć pióro i napisać kilka zdań.
Koledzy dziennikarze pytają mnie, dlaczego pływam rzekami pod prąd
do źródeł. Alpiniści wchodzą na szczyty, bo one po prostu są. I
jest to najlepsza odpowiedź. Być pierwszym, który pokonał rzekę,
to jakby zdobyć dziewiczą górę.
Pomysł pływania rzekami wbrew ich naturze zrodził się przed wielu
laty podczas wspólnych wypadów kajakowych z moim kolegą redakcyjnym,
Jerzym Wiśniewskim. Pływaliśmy wtedy, (ale to już przeszłość) w
TKKF "Orzeł". Na wspólną wyprawę do źródeł naszej ukochanej
Brdy nie mogliśmy znaleźć czasu, ale wiele razy forsowaliśmy bystrza
rzeki w słynnym "Piekiełku", gdzie spadek sięga 2 promili.
To była doskonała szkoła.

Latem 1998 r. załadowałem turystyczną dwójkę sprzętem biwakowym
z postanowieniem osiągnięcia Jeziora Charzykowskiego. Zadanie było
ambitne, bo jak było mi wiadomo, nikt wcześniej nie dopłynął tak
wysoko nawet kajakiem jednoosobowym. Na pokład zabrałem młodszego
syna, wówczas 8-letniego Piotrka. 156-kilometrową trasę pokonaliśmy
w łącznym czasie (z noclegami) 86 godzin. Pogoda nas nie rozpieszczała,
jednak Piotrek okazał się dzielnym wodniakiem. Z Charzyków do Bydgoszczy
spłynąłem ze starszym o rok synkiem, Tomkiem.
Teraz
wiedziałem, że w kajaku K-1 pokonam całą Brdę. Pytanie tylko w jakim
czasie? Do tego największego w życiu wyczynu (wiele lat wcześniej
pływałem non - stop z prądem 192 km Brdą, 150 Wdą i 206 Wisłą) zacząłem
się przygotowywać intensywnie od zimy 1999/ 2000 r.
Na starcie w Brdyujściu ...
... stanąłem 23 czerwca 2000 r. Nie sam, bo próba ustanowienia
rekordu zyskała poparcie zwłaszcza mojego serdecznego kolegi, dobrze
znanego w środowisku kajakarskim Zbigniewa Galińskiego. To dzięki
jego osobistemu zaangażowaniu (wówczas dyrektora PTTK "Szlak
Brdy") wyczyn był sponsorowany przez PTTK. Zarząd "Orła",
po śmierci nieodżałowanego prezesa Śp. Eugeniusza Połtyna, zlikwidował
Komisję Turystyki Kajakowej, a za wypożyczenie kajaka kazał płacić
albo pisać podania. W tym rejsie wystąpiłem zatem jako kajakarz
płynący pod flagą PTTK i sympatyzujący z Sekcją Turystyki Kajakowej
Regionalnego Towarzystwa Wioślarskiego "Bydgostia - Kabel".
Jej członkowie byli żywo zainteresowani wyczynem i - jak wkrótce
miało się okazać - z otwartymi ramionami przyjęli mnie do swego
grona.
Wróćmy
jednak na wodę. Zbyszek Galiński zajął się logistyką całej wyprawy,
jechał wzdłuż trasy swoim samochodem, udzielał wskazówek, robił
posiłki. Przede wszystkim jednak dodawał mi otuchy stojąc na mostach.
To bardzo ważne podczas tak wyczerpującego rejsu. Do dyspozycji
miałem dwa jednoosobowe kajaki turystyczne: szybki, wypożyczony
z UKS w Czarnej Wodzie i slalomowy należący do Zbyszka. Tym drugim
miałem pokonać odcinek górski w "Piekiełku". Za formalną
stronę rekordu odpowiadali dwaj sędziowie Polskiego Związku Kajakowego
z Bydgoszczy: Leszek Derangowski i Janusz Gaca. Ich zadaniem było
kontrolowanie zgodności rekordu z regulaminem, który ułożyłem sam
konsultując jednak ze środowiskiem kajakarzy - turystów. Chyba najważniejszym
jego punktem jest stwierdzenie, że do czasu przepłynięcia rzeki
wlicza się postoje i noclegi. Tak więc w interesie zawodnika jest,
aby były jak najkrótsze. Chyba nie trzeba dodawać, że kajak nie
może być holowany przez motorówkę ani nawet "ciągnięty"
na fali za innym kajakiem. Wykluczone jest także używanie środków
dopingujących. To ma być czysty sport.
Na starcie deszcz
Śmigłą jedynką szybko pokonuję 10-kilometrowy odcinek Brdy
przepływającej przez Bydgoszcz. Niestety drobny deszczyk towarzyszący
mi niemal od startu wzmaga się. Przed śluzą Miejską przenoska przez
groblę, a potem 7 kilometrów przez urokliwy odcinek niemal górskiej
rzeki do hydroelektrowni w Smukale. Za zaporą niemiła niespodzianka;
nie dość, że leje jak z cebra, to elektrownia w leżącym wyżej Tryszczynie
spuszcza wodę. Zamiast spokojnego jeziora zaporowego muszę teraz
walczyć z przeciwnym prądem. Za kolejną zaporą w Samociążku przenoszą
kajak przeciskając się przez gęste i mokre krzaki na Zalew Koronowski.
U góry czeka na mnie ze swoim kajakiem Jurek Wiśniewski, który
będzie mi towarzyszył aż do końca dzisiejszego etapu. Po południu
przemoczeni docieramy do stanicy wodnej PTTK Gostycyn - Nogawica,
by wysuszyć się przy kominku i posilić. Deszczowe chmury nareszcie
odchodzą. Przed nami ostra walka z bystrzami "Piekiełka".
Uroczysko, w którym co roku wielu wodniaków zażywa przymusowej kąpieli,
nam straszne nie jest. Nie zmienia to faktu, że "para uchodzi
uszami". Ostatnie kilometry do Płaskosza pokonujemy oświetlając
drogę latarkami. O godz. 23.00 dobijamy do mostu i rozbijamy namiot.
Za rufą 87 km
To mój dzienny rekordem w pływaniu pod prąd. Wczesnym ranem
Jurek odpływa z prądem do Bydgoszczy, ja kontynuuję wspinaczkę.
W dolinę Brdy pogrążoną we mgle nieśmiało zagląda słońce. Niezwykle
pięknie wyglądają olbrzymie pajęczyny uczepione konarów powalonych
drzew. Dla mnie przełom rzeki kończy się w Gołąbku, gdzie przesiadam
się na podstawiony przez ekipę brzegową szybszy kajak. Na trasie
do zapory w Mylofie przeżyję jeszcze dokuczliwe znużenie, będę walczył
z niezwykle silnym prądem pod mostem w Rytlu, odbiorę życzenia sukcesu
od turystów uczestniczących w spływie. W Mylofie spotykam dobrego
znajomego, Marka Jeleniewskiego (wtedy rzecznika prasowego bydgoskiej
policji). Może pociągnąć motorówką? - żartuje na powitanie i zaprasza
na smakowitego pstrąga w tutejszej restauracyjce. Za zaporą sama
przyjemność - 18 kilometrów stojącej wody aż do ujścia Brdy do Jeziora
Charzykowskiego. Wcześniej jednak odpoczywam krótko w stanicy wodnej
Swornegacie. Zmierzch dopada mnie przed mostem w Ciecholewach. Jest
godz. 22.00.
Uwaga na bobry!
Ranek wita nieprzyjemnym przeciwnym wiatrem. Za to rzeka
płynie leniwie czasem nawet rozlewając się. Na takiej wodzie mój
kajak ujawnia swoje walory. Pędzę co sił w rękach i nawet nie przeszkadzają
za bardzo nawet coraz większe odciski. Kolejną walkę z przeciwnym
wiatrem toczę na jeziorach: Końskim, Szczycienko i największym Szczytnie.
Po wpłynięciu na rzekę prędkość spada. Przeszkadzają wypłycenia
działające jak wielka przyssawka. Przede mną Folbrycht nazywany
popularnie "Małym Piekiełkiem". To uroczy odcinek rzeki
wijącej się w głębokim wąwozie. Jak nigdzie widać tu robotę bobrów.
Gryzonie pozwalały w nurt mnóstwo drzew, co zmusza mnie do częstych
przenosek. W pewnym momencie koryto jest tak zawalone, że muszę
ciągnąć kajak brzegiem. Folbrycht powinienem był forsować w "slalomówce".
Niestety płynę mało zwrotnym, szybkim kajakiem. O godz. 14.00 docieram
do Nowej Brdy. Zgodnie z regulaminem, już teraz rekord został ustanowiony
i na tym mogę skończyć.
Droga do Świeszyna
Po uzupełnieniu kalorii decyduję jednak płynąć dalej. Przesiadam
się do kajaka slalomowego. Wody, co kot napłakał. Ledwo można zanurzyć
wiosło. Zdecydowanie lepsze (naprawdę) byłyby kijki narciarskie.
Przede mną jeszcze 25 km mieszania wody i piasku na dnie. Było wszystko,
co może kajakarza zniechęcić do płynięcia: płycizny, mnóstwo zwalonych
drzew, miejscami niezwykle silny przeciwny prąd, ciasne zakręty
i napastliwe komary. Jeśli ktoś spyta jak dopłynąłem do Jeziora
Głębokiego, odpowiem: Nie wiem. Chyba siłą woli. Dokładnie o godz.
22. 05 kajak wślizguje się na plażę w Świeszynie. Strzela korek
od szampana, Galiński i Derangowski i Gaca gratulują. Nie mogę uwierzyć,
że to już koniec.
Sędziowie
sporządzają oficjalny protokół. Łączny czas przepłynięcia 233 km
Brdy pod prąd wyniósł 64 godz. i 5 min.
Bez Guinnessa
Polski wydawca Księgi Rekordów Guinnessa zachęcał mnie
do zgłoszenia wyczynu stwierdzając, że dawno już nie słyszał o tak
czysto sportowym rekordzie. Jeśli nawet Londyn nie zechce go wpisać
na listę światową, to z pewnością znajdzie się w rekordach polskich
- zapewniał. Niestety, Londyn pogratulował wysiłku i tyle dyplomatycznie,
co enigmatycznie wyjaśnił, iż "obawia się, że rekordu uznać
nie może". Bez merytorycznego uzasadnienia. Polski wydawca
nie krył rozczarowania. Takiego listu jeszcze nie czytał. Do dziś
nie dowiedziałem się, o co w tym chodzi. Wkrótce skontaktowała się
ze mną redakcja Polskich Rekordów i Osobliwości, która wpisała wyczyn
do swojej księgi.

19 czerwca 2001 r. woduję kajak na Wiśle w pobliżu Świecia. O godz.
6.25 mijam tablicę kilometrażową "813". Tu zaczyna się
moja przygoda. Do przepłynięcia Wdą pod prąd - według najnowszego
przewodnika - mam 195 km.
Start odnotowują sędziowie KZKaj Janusz Gaca i Bronisław Lassin,
by zaraz wsiąść do samochodu i pojechać w górę szlaku. Będą śledzić
moje poczynania z mostów i nadbrzeżnych krzaków, słowem zewsząd.
Kierownikiem wyprawy jest oczywiście Zbigniew Galiński, który zmienił
pracę. Odtąd wspomaga żonę Barbarę w prowadzeniu rodzinnej firmy
organizującej spływy kajakowe na Pomorzu. Przedsiębiorstwo Wielobranżowe
"Activitas" - bo o nim mowa - jest po raz pierwszy sponsorem
mojego rejsu.
Rzeka raźno toczy swe wody, jednak na moim kajaku (ponownie wypożyczyłem
go z UKS Czarna Woda) radzę sobie łatwo. Mijam czerwoną bryłę zamku
krzyżackiego w Świeciu, młyn w Przechowie, zaporę z Kozłowie...
Fatalna Leosia
Przewodniki ostrzegają przed niespodziewaną, wysoką falą,
która może spłynąć z hydroelektrowni w Gródku. Wtedy odcinek Wdy
zamienia się w wartki strumień porównywalny do "Piekiełka"
na Brdzie. Doświadczam tego na własnej skórze kilka kilometrów przed
Leosią, ale kulminacyjna fala dosięga mnie dokładnie pod mostem
kolejowym w rzeczonej miejscowości. Chybotliwy kajak przewraca się
w ułamku sekundy, a ja z trudnością wydostaję się z ciasnego kokpitu
pod wodą. Na szczęście udaje mi się doholować jedynkę do brzegu,
Janusz Gaca rzuca się do wzburzonej wody po wiosło. Wszystko spływa
po mnie jak po kaczce i już po godzinie wiosłuję dosiadając podstawionej
przez Zbyszka "slalomówki". Zaporę w Gródku zdobywam o
godz. 11.30. Do Tlenia płynę już szybszą jednostką przebijając się
przez sporą przeciwną falę na jeziorze zaporowym. W Tleniu przerwa
na obiad. W Starej Rzece znów zaczyna się "jazda pod górkę",
zaś w okolicach Błędna kluczenie meandrami rezerwatu przyrody "Krzywe
Koło". O zmierzchu dopływam do miejscowości Łuby zostawiając
z tyłu 70 km.
Przez bystrza
Pobudka skoro świt. Już o godz. 5.25 jestem na wodzie.
Prąd raz zwalnia, raz przyspiesza nie dając wytchnienia. Płynąc
pod prąd ani na chwilę nie można odłożyć wiosła, aby nie stracić
z trudem wywalczonych metrów. Prawdziwa "zabawa" zaczyna
się po południu za miejscowością Czubek, a jeszcze lepsza za Zimnymi
Wodami. Spływając turystycznie nie zauważa się specjalnie przyspieszeń
nurtu. Forsując rzekę w przeciwnym kierunku wszystko odczuwa się
w rękach. Tak właśnie jest teraz, gdy pokonuję bystrza w kamienistym
korycie rzeki. Najgorzej jest pod dwoma mostami w Czarnej Wodzie.
Ryszard Roman, trener miejscowego UKS (od niego pożyczyłem kajak),
pozdrawia mnie na
brzegu. Przypomina, iż wyżej Wda będzie jeszcze szybsza, ale z pewnością
poradzę sobie na jego kajaku. Ma rację.
Wieczór wita mnie mgłą snująca się tajemniczo nad powierzchnią bystrej
wody. Dobijam do młyna w Wojtalu. Dalszą drogę przez rozlewisko
skrywa mrok, ale rozświetlam go latarką czołową. Mijam niewidoczne
teraz Kamienne Kręgi w Odrach i kończę w Miedznie.
Rów przed finiszem
O Kanale Wdy tylko wspomnę, bo o poranku przemknąłem po
nim jak po wodostradzie odprowadzany wzrokiem ciekawskiego lisa.
Wielkie Jezioro Wdzydze gładkie jak lustro, dlatego prześlizguję
się po nim niczym torpeda. Walka z przeciwnym prądem zaczyna się
na rzece przed Loryńcem. Pozwalane przez bobry drzewa też nie ułatwiają
zadania. Przed Kruglińcem rzeka skąpi wody. Przy dużym spadku, wypłyceniach
i leżących drzewach jest nie do przepłynięcia. Decyduję się na przeciąganie
kajaka wysokim prawym brzegiem. Po ok. kilometrze woduję, ale natura
nie chce ustąpić. Zaczyna się ulewa, która już nie ustąpi do końca.
O godz. 14.16 mokry docieram do Lipusza. Kolejne 15 km jest drogą
przez mękę. To nawet nie rzeczka tylko ciek, w którym trudno zanurzyć
wiosło. Do tego przeszkadzają gęste trzciny i łozy porastające rzekę.
Z mokrych roślin spadają setki pająków i ślimaków. Wyrzucam sobie,
że doświadczony warunkami na górnej Brdzie, nie zabrałem kijków
narciarskich. Teraz bardzo by się przydały. Jeszcze mniej wody jest
na ostatnim, 5-kilometrowym odcinku pomiędzy jeziorami Fiszewo i
Wieckim. Tu Wda jest
zwykłym przekopanym przez łąki rowem melioracyjnym, a co gorsza
rowem z minimalną ilością wody. Próbuję płynąć, ale zdecydowanie
jest to marnowanie sił. Dlatego wysiadam z kajaka brodząc po dnie.
Cholernie zimna ta woda, poza tym grzęznę w mule. Tego już
za wiele. Wychodzę na bezkresne, grząskie łąki poprzecinane poprzecznymi
rowami, zarośnięte chwastami. Holuję kajak niemal do Jeziora Wieckiego.
Nie wiem, może pomogły mi roje kąśliwych much, bo przebiegłem przez
łąki jak spocony koń. Horror.
Ostatnie 100 metrów rowu jest już wystarczająco głębokie. Przeciskam
się jeszcze przez ścianę szuwarów i wydostaję na jezioro. Jeszcze
tylko parę kilometrów spokojnej wody do celu za leśniczówką Nowy
Zelewiec. Wciąż leje. Może do Wda opłakuje utratę dziewictwa.
Łączny czas to 60 godzin i 44 minuty.

Nawet górskie odcinki Gwdy zbledły przy sztormie na wielkim jeziorze
Wielimie. Grzywacze w szalonym pędzie starały się przewrócić, zdruzgotać,
zatopić niewielki kajak. Mimo to udało mi się pokonać cały 146 -
kilometrowy szlak płynąc pod prąd.
Gwda wpada do Noteci w miasteczku Ujście, gdzie 5 czerwca 2002 r.
o godz. 6.00 zanurzam wiosło. Prócz doświadczenia i - przyznaję
- niezłej krzepy mam i ten atut, że wzdłuż trasy będzie mi towarzyszył
samochód prowadzony przez Zbyszka Galińskiego z bydgoskiej firmy
"Activitas". "Activitas" i mój macierzysty klub
RTW "Bydgostia - Kabel" są sponsorami kosztownej imprezy.
Na dachu auta czeka w pogotowiu drugi kajak. Nad całością czuwają
sędziowie Polskiego Związku Kajakowego: Leszek Derangowski i Janusz
Gaca. Aprowizacją zajmuje się żona Leszka - Apolonia.
Zmienny charakter
Już u ujścia na meandrach i za zwalonymi drzewami rzeka
tworzy bystrza zmuszając mnie do balansowania wąskim, wywrotnym
kajakiem pożyczonym tym razem od kolegi klubowego z Chełmna. Najtrudniej
jest, gdy płynę prosto pod słońce. Wtedy w ogóle nie
widzę sytuacji na wodzie. Po przeszło czterech godzinach dopływam
do Piły, gdzie wita mnie Stanisława Marek (także koleżanka z "Bydgostii").
Po kolejnych 30 minutach dopływam do zapory. Odtąd na każdej przenosce,
a jest ich bez liku, czeka na mnie ekipa brzegowa. Gdy dopływam
do Krępska, mam za sobą 40 km. W miejscowym zajeździe Galiński funduje
wszystkim obiad. Później forsuję 12-kilometrowy odcinek o najszybszym
na całym szlaku nurcie. Czeka mnie - poza normalnymi bystrzami -
16 większych i trudniejszych, z których 13 ma wysoką stojącą falę,
a 14 kręty nurt. Za Płytnicą 5 kolejnych naturalnych progów, na
których muszę unikać podwodnych głazów. Rzeka zmusza do maksymalnego
wysiłku. Powyżej następnej zapory wytchnienie daje stojąca woda.
Podziwiam ustępujące drogi majestatyczne łabędzie. Tylko bicepsy
trzeszczą od wysiłku, bo oto wiatr wychodzi mi na spotkanie. Jest
godzina 21.30, gdy dobijam do ostatniej tego dnia tamy w Podgajach.
Hitlerowcy zamordowali tu w lutym 1945 r. 31 polskich jeńców. Kwaterę
na noc wynajmujemy w jednym z domów.
Podgaje, godzina 5.00
Dokładnie o podanej godzinie opuszczam zaporę w Podgajach.
Jeszcze dźwięczy mi w uszach przestroga miejscowego gospodarza,
że prędzej się zesr... niż dopłynę do źródeł. - No może dotrze pan
dziś do jeziora Wielimie. Za dużo zwalonych drzew - stwierdził kręcąc
głową. Jezioro prowadzi ku rzece, a ta daje o sobie znać przybierającym
na sile nurtem. W niektórych miejscach muszę wiosłować "na
maksymalnych obrotach", wślizgiwać się pomiędzy głazy i leżące
drzewa. I wreszcie zapora w Łomczewie, w Węgorzewie, potem w...
Przeszkód na trasie jest moc. Tymczasem wiatr wzmaga się. Około
10 metrów przed kajakiem wali się potężne drzewo.
Taniec żywiołów
W godzinach popołudniowych wpływam na jezioro Wielimie,
by zatrzymać się na jego wschodnim brzegu na obiad. Zbyszek ostrzega
przed charakterystyczną dla tego wielkiego akwenu niezwykle wysoką
falą. "Zabawa" zaczyna się po przepłynięciu z wiatrem
kilkuset metrów. Fale rosną z każdą chwilą osiągając wielkość i
agresywność morskiego sztormu. Bałwany przelewają się nade mną,
bryzgi przelatują z hukiem odrzutowca. Kajak pchany szalonym pędem
zjeżdża z wodnych gór wbijając się dziobem pod poprzedzające fale.
Grzywacze atakujące od tyłu niebezpiecznie unoszą rufę. Takie pikowanie
może się zakończyć przewrotką przez dziób. Hamuję, aby nie dać się
wbić całkowicie pod falę, potem płynę całą naprzód, aby impet fali
pędzącej od rufy był jak najmniejszy. Nawet niewielki błąd może
mnie kosztować wywrotkę. Ostatecznie wpadam w nadbrzeżne trzciny
przy cyplu wcinającym się daleko w jezioro. Fale są tak wielkie,
że przemykam trzcinami.
Przez las
Na końcu jeziora nie mogę odnaleźć ujścia rzeki. Po 30
minutach decyduję się na przemarsz z kajakiem przez las w kierunku
północno - zachodnim, gdzie spodziewam się znaleźć Gwdę. Atakowany
przez roje much, po ok. 5 kilometrach trafiam wreszcie na rzekę.
Dalej już płynę, ale kajak podziurawiony podczas lądowej przeprawy
tonie! Płynąc, częściej zaś brodząc pod dnie płytkiej już rzeki,
docieram do małego jeziora. Moja ekipa podstawia drugi kajak, którym
już bez przeszkód docieram do mety w Drężnie nad jeziorem Studnica.
Strzela korek szampana. Sędziowie notują łączny czas: 39 godz. i
1 minuta. Gratulują. Rekord został ustanowiony! Zapowiadam chęć
pokonania jeszcze w tym roku Drawy na nowym kajaku, który ma zostać
przekazany "Bydgostii" specjalnie do tego celu przez gdańskiego
"Aquariusa".

Nazwa Drawa wywodzi się prawdopodobnie z indoeuropejskiej wspólnoty
językowej - od rdzenia "dreu" i oznacza "spieszyć
się, biec". Nie miałem zatem żadnych wątpliwości, że rejs kajakiem
Drawą pod prąd będzie jednym z największych wyzwań w mojej
kajakarskiej karierze.
Opisana w przewodnikach Drawa ma 172 km, ale odcinek poligonu wojskowego
o długości 14 km jest całkowicie wyłączony z ruchu turystycznego.
Moja rozmowa z pułkownikiem dowodzącym poligonem drawskim nie pozostawiała
co do tego żadnych wątpliwości. Pułkownik nie chciał i - jak zaznaczył
- nie mógł wziąć na siebie odpowiedzialności za moje bezpieczeństwo.
Ja zaś nie mogłem narażać na ryzyko śmiałka, który chciałby w przyszłości
spróbować pobić rekord. Kajak musiał zostać przewieziony na odcinek
poligonu otwarty dla kajakarzy. Tym samym trasa została skrócona
do 158 km i taką długość ma oficjalnie cały szlak turystyczny Drawy.
Spod Krzyża
Przygoda z Drawą rozpoczyna się 11 września 2002 r. o godz.
6.15 w pobliżu Krzyża Wielkopolskiego. Przez opary unoszące się
nad szarą jeszcze rzeką widzę jak szybko uchodzi do Noteci. Zbigniew
Galiński, organizator wyprawy i główny jej sponsor (PW "Activitas"),
znacznie lepiej ode mnie zna charakter Drawy. Wszak wielokrotnie
prowadził nią spływy. Przestrzegał przed niezwykle silnym prądem
i zwalonymi drzewami, zwłaszcza na 20-kilometrowym odcinku przebiegającym
przez Drawieński Park Narodowy. Ale żeby od razu rzeka pokazywała
pazury? Woduję mojego "Aquariusa" - kajak turystyczny
typu K1 przygotowany specjalnie dla mnie przez gdańską firmę o tej
samej nazwie. Wkrótce miało się okazać, że kajak jest wprost idealny
do pływania pod silny prąd i fale. Stabilny, śmigły, zwrotny, umożliwiający
skoki przez leżące drzewa, a przy tym niezwykle wygodny i niezatapialny
(o tym ostatnim na szczęście nie musiałem się przekonywać). Zbyszek
będzie mnie pilotował na całej trasie jadąc swoim samochodem. Będą
mu towarzyszyć dwaj sędziowie Polskiego Związku Kajakowego Leszek
Derangowski i Janusz Gaca nadzorujący zgodność rekordu z regulaminem.
Każdy doświadczony kajakarz (pływam już 22 lata) potrafi przechytrzyć
rzekę, jeśli tylko się da. Może wykorzystywać tzw. prądy wsteczne
tworzące się na meandrach lub przeszkodach. Dlatego też pierwsze
30 km do hydroelektrowni Kamienna płynę z naprawdę dużą - jak na
rejs pod prąd - prędkością ok. 6 km na godzinę. Jednak w wielu przypadkach
bystrza trzeba atakować frontalnie, bo brzegi zalegają głazy lub
zwalone pnie. Uruchamiam wszystkie pokłady energii, wiosło zamieniam
w wiatrak. Za elektrownią tylko krótki odcinek spokojnej wody daje
wytchnienie. Potem zaczyna się spotkanie z nieujarzmioną rzeką.
Wpływam w uroczysko Drawieńskiego Parku Narodowego, czyli prastarą
Puszczę Drawską.
Przełom w puszczy
Największe wyzwanie stawia przede mną odcinek typowo górskiej
rzeki od Bogdanki do Barnimia. Spadek jest naprawdę duży. Woda wyprawia
tu prawdziwe harce klucząc pomiędzy olbrzymimi głazami i zwalonymi
drzewami. Kto silniejszy: ja czy rzeka? Kiedy uderzy niespodziewanie
z boku spychając na pień? Wtedy wywrotka byłaby nieunikniona. Najbardziej
ryzykowne są ostatnie kilometry przepłynięte tego dnia. Pokonuję
je w ciemnościach rozświetlanych jedynie latarką czołową. Kilkakrotnie
muszę przenosić kajak brzegiem albo przerzucać go przez wielkie
pnie, które całkowicie przegradzają nurt.
O godz. 21.00 wychodzę mokry na brzeg w Barnimiu. Za mną 62,4 km.
To bardzo dobry wynik. Nie mam już czasu ani sił na zwiedzanie tej
starej, wzmiankowanej już w 1337 r. wsi. Wraz z kolegami z ekipy
brzegowej posilam się tylko w miejscowej knajpie i zaraz jedziemy
przenocować do stanicy wodnej w pobliskim Drawnie.
12 września, godzina 5,30...
... jestem na wodzie w Barnimiu. Tak jak wczoraj wieczorem,
oświetlam sobie drogę latarką czołową. I choć prąd rzeki jest już
nieco słabszy, nadal muszę walczyć z bystrzami. Odczuwam też jakąś
dolegliwość żołądkową. Na szczęście jeziora Dubie i
Grażyna, nad którymi leży Drawno, są już blisko. Zbyszek, Leszek
i Janusz czekają z kawą przy moście między jeziorami. Dopiero teraz,
gdy wstaje słońce, mogę podziwiać pięknie położoną stanicę wodną
i ruiny zamku rodu Wedlów z XIV w. Szybko przepływam jezioro i urokliwe
rozlewiska Drawy. I wreszcie most w miejscowości Prostynia, gdzie
zaczyna się poligon. Kajak ładujemy na dach samochodu i jedziemy
przez Kalisz Pomorski do Żołędowa. Po drodze mijamy kawalkady brytyjskich
range - roverów. Wojska Jej Królewskiej Mości wytrwale ćwiczą. Woduję
w miejscu udostępnionym dla turystyki kajakowej, ale jeszcze 11-kilometrowy
odcinek rzeki będzie przebiegał przez poligon. Tam też czeka mnie
kolejne wyzwanie.
Promile na rzece
Na krótkim śródleśnym etapie Drawa zamienia się w rwący
potok górski o spadku przekraczającym 2 promile. Ktoś z mostu woła:
- Aby nie przejmować się tymi liczbami powinieneś "uzupełnić"
zawartość alkoholu we krwi właśnie do tej wartości. Cóż robić? Taka
jazda "pod górkę" to najwyższy wysiłek fizyczny. Nawet
na ułamek sekundy nie można odłożyć wiosła by nie dać się zepchnąć
na kamienie i pnie. Miśnie aż trzeszczą, serce podchodzi "do
gardła". Wszystko jednak działa jak w "dobrze naoliwionej
maszynce".
Wreszcie wpływam na wielkie jezioro Lubie. Lewą burtą mijam zmilitaryzowane
Karwice z zameczkiem górującym nad okolicą, potem prawą burtą -
wieś Gudowo. 14 -kilometrowy odcinek z jeziora Lubie do Drawska
Pomorskiego nie należy do przyjemnych. Mówiąc wprost jest upierdliwy
jak żaden inny. Wszystko przez łozy porastające zwężające się koryto
rzeki, niezwykle ciasne meandry i nasilający się nurt. Do tego tysiące
pająków oraz innego robactwa spadającego z krzaków na kajakarza.
Paskudztwo.
Sytuacja poprawia się w samym Drawsku. Rzeka staje się znacznie
prostsza, zwalnia także nurt. Na potężnej wieży kościoła (koniec
XIV w.) oświetlonej zachodzącym słońcem odczytuję godzinę 18.50.
Przede mną do Rzęśnicy jeszcze 13- kilometrów, które pokonuję w
iście sprinterskim tempie. Przez ostatnie kilkadziesiąt minut płynę
oświetlając drogę "czołówką". Nocujemy w stanicy wodnej
w Złocieńcu.
Ku słońcu
Z Rzęśnicy startuję o godz. 6.15. Leszek Derangowski przestrzega
ni to żartem, ni serio, że dziś jest trzynastego i piątek. Ranek
wita mnie jednak słońcem prześwitującym tajemniczo przez mgłę i
pajęczyny rozwieszone na nadbrzeżnym sitowiu. Obrazki jak z najlepszego
filmu przyrodniczego. Trasa do Złocieńca nie jest jednak łatwa.
Z rytmu wytrącają setki niezwykle ciasnych zakrętów, łozy i gęste
zatory z roślin wodnych.
Twierdza Zakonna
Zupełnie inny świat pojawia się po dopłynięciu do Złocieńca.
Błękitna i rybna rzeka rozlewa się szeroko prowadząc na jezioro
Krosino. W miejscowości Budowo majaczą dwie 80-metrowe wieże kryjące
kominy podziemnej fabryki. To pozostałość olbrzymich instalacji
wybudowanych przez hitlerowców. Nazwano je Ordensburg Crösinsee,
czyli Twierdza Zakonna nad jeziorem Krosino. Był to ośrodek szkoleniowo-
wypoczynkowy NSDAP i Hitlerjugend ze stadionami, basenami, halami
sportowymi i obiektami mieszkalnymi dla kilku tysięcy osób. Podczas
wojny funkcjonował tu ośrodek szkolenia szpiegowskiego oraz fabryka,
której przeznaczenia nie rozpoznano. Dziś teren zajmuje Wojsko Polskie.
Drawę uchodzącą do jeziora u jego północnego krańca odnajduję tylko
dzięki pomocy Janusza Gacy, który naprowadza mnie z brzegu dźwiękiem
gwizdka. W takiej gęstwinie zieleni nie widać dosłownie nic. Kilka
kilometrów rzeki do Rzepowa przypomina drogę przez mękę. Jest niewielka,
płytka, kamienista i wartka. Nie mam w czym zanurzyć wiosła, a przecież
trzeba nim kręcić z całych sił.
Meta w Czaplinku
Za Rzepowem idzie już gładko. Wkrótce odsłoniła się przede
mną olbrzymia tafla jeziora Drawsko (1781 ha). Jest to drugi pod
względem głębokości akwen w Polsce (83 m) i niezwykle piękny z licznymi
zatokami oraz wyspami. Niewielka fala nie stanowi żadnej przeszkody.
O godz. 14.15 dobijam do brzegu zatoki w Czaplinku. - 158 kilometrów
przepłynąłem w łącznym czasie 55 godzin - mówią sędziowie wpisując
ostatni punkt w protokole rejsu. - Ale co będziesz robił po południu?
- żartują. Chyba potrenuję na Brdzie w Bydgoszczy - odpowiadam.
- No tak, bo ten facet wcale nie wygląda na zmęczonego - zauważa
Zbyszek
Galiński. I ma rację. Byłem przygotowany na jeszcze ostrzejszą walkę.
Tę jednak ostawię na następną okazję w przyszłym roku.

Za rufą mojego kajaka już ponad 200 kilometrów. Gdzieś tu, u południowego
krańca zabagnionego jeziora Ostrowin, wpływa Drwęca, maleńka w swym
górnym biegu jak osesek. Tak zaczyna się ostatni, iście piekielny
- wiodący przez zwalone drzewa, gęste trzciny i łozy - odcinek rzeki.
W kompletnych ciemnościach przedzieram się przez Czarci Jar u stóp
Dylewskiej Góry. Wszystko po to, by wreszcie wykrzyknąć: pokonałem
cały szlak Drwęcy płynąc kajakiem pod prąd!
Według najnowszego przewodnika Marka Lityńskiego, szlak kajakowy
Drwęcy ma 210 km długości. Inne przewodniki podają, że więcej -
nawet 234 km. Różnica spowodowana jest sposobem mierzenia meandrów
rzeki. Na niektórych odcinkach Drwęcy meandry przypominają zwoje
mózgowe człowieka, więc kto by tam je policzył. Setki zakrętów zwodzą
człowieka jak topielice o zmroku, wciągając w coraz bardziej szalony
taniec po kręgach. Strony świata mieszają się, a droga wydłuża w
nieskończoność. Po godzinie ostrego wiosłowania już myślisz, że
jesteś daleko, ale to ułuda. Owszem, przepłynąłeś może 5 km, ale
wystarczy rzut oka na mapę, by zorientować się, że jesteś niemal
w tym samym miejscu! Ale co tam, taka jest dzika natura, taki jest
urok kajakarstwa.
Żadnych skrótów!
Regulamin rejsu nie przewiduje zresztą przenosek na skróty przez
tzw. szyje meandrów. Kajaka nie wolno przewozić, holować za motorówką,
używać silnika ani żagla, łykać środków dopingujących. Można za
to wspierać zawodnika duchowo, klaskać i ściskać w geście przyjaźni
jego pokrytą odciskami prawicę, zachęcając do jeszcze większego
wysiłku, zapewniając przy tym (co oczywiście nie jest prawdą), że
już niedaleko do punktu etapowego. Kajakarz powinien cechować się
nieskrywanym entuzjazmem, być nieczułym na ból i mieć jasno wytyczony
cel: źródła Drwęcy! Ostatnich dwóch zdań w regulaminie nie znajdziecie,
ale stanowią niepisane prawo.
Sędziowie Polskiego Związku Kajakowego mogą czaić się w krzakach,
wystawiać głowy tuż za zakrętem. Jeśli zawodnik ominie punkt kontrolny,
o którego położeniu nie ma prawa wiedzieć, może się pożegnać z rekordem.
A propos sędziów. Są nimi panowie Leszek Derangowski
i Janusz Gaca - niestrudzeni w dopisywaniu każdej
sekundy na trasie, ale też niezwykle sympatyczni i uprzejmi, bo
nie omieszkają podać strudzonemu kajakarzowi kubka gorącej herbaty.
Jadą samochodem terenowym isuzu wzdłuż trasy. Za kółkiem Zbigniew
Galiński, mój serdeczny kolega i niezastąpiony druh na
szlaku (ile to już wspólnie przewiosłowaliśmy kilometrów...), współwłaściciel
- wraz z żoną Barbarą - firmy "Activitas".
To on jest kierownikiem wyprawy, kwatermistrzem i głównym sponsorem.
Będzie mi podawał napoje, posiłki, udzielał wskazówek dotyczących
spodziewanych trudności na rzece.
Jednym z celów moich rekordów jest popularyzacja kajakowych szlaków
turystycznych i aktywnych form (np. może nie aż tak aktywnych) spędzania
czasu. Oczywiście o zwiedzaniu mijanych po drodze zabytków nie ma
mowy, ale nacieszyć wzrok można, a nawet należy. Zaczynajmy więc...
Start z Wisły
Maja przygoda z Drwęcą rozpoczyna się u samego jej ujścia do Wisły,
poniżej miejscowości Złotoria, 6 kilometrów od centrum Torunia.
Czekając na gwizdek sędziego, kieruję dziób kajaka ku północy. Rufę
muska wiślana fala, na prawym brzegu majaczą ruiny zamku z czasów
Kazimierza Wielkiego. Ruszam, mijając wkrótce Złotorię i Kaszczorek.
Drwęca niemal od razu pokazuje pazury: huczące, bulgoczące jak wrzątek
bystrza to - nie ukrywam - moja specjalność i frajda niczym jazda
kolejką górską. Przyjemność jednak kosztuje, a po sforsowaniu kilkunastu
bystrzyn wprost boli. Mówię o bicepsach i stawach barkowych aż trzeszczących
z wysiłku. Na "dzień dobry" rzeka funduje mi 11 km takiej
zabawy. W Lubiczu dwie przenoski: na młynie i zastawce przed ujęciem
wody dla Torunia. Tam też czekają na mnie po raz pierwszy sędziowie
i Zbyszek Galiński.
Za Lubiczem rzeka łagodnieje. W okolicach Młyńca, a i wyżej, wyłaniają
się jak klejnot z dzikich chaszczów dacze. Aż człowiek wzdycha:
te czerwone dachówki, jasne mury, a na wypieszczonym trawniku grill
drażniący moje powonienie. Szczerze mówiąc - poza szczyptą zazdrości
- takie wille dodają uroku monotonii płynięcia. Witany przez moją
ekipę brzegową smakowitym śniadaniem, zatrzymuję się pod mostem
w Elgiszewie.
Posiłek jest jak najbardziej na miejscu gdyż przede mną zwodnicze
meandry i coraz szybsza woda. A przecież od wypłynięcia ze Złotorii
mija już wiele godzin. Aby zorientować się w terenie, wypatruję
znajomych mi ze normalnych spływów Drwęcą widoków, ale każdy brzeg
tak do siebie podobny. Olszówka, Antoniewo, wreszcie na horyzoncie
pojawia się długo wyczekiwana bryła zamku Anny Wazówny w Golubiu
- Dobrzyniu. Cóż za widok! Odcinek do Golubia dał mi jak dotąd największy
wycisk. To zmaganie z szybkim prądem, niemiłosiernie prażącym słońcem
i chmarami zaciekle atakujących meszek. Pierwszy dzień kończę tuż
przed zapadnięciem zmroku opodal Pustej Dąbrówki. Za rufą 67,7 km
- odnotowują sędziowie. Kajak na dach auta i jedziemy przenocować
do kwaterze agroturystycznej.
Ku brodnickiej wieży
Nazajutrz rano szybko rozgrzewam zbolałe mięśnie w promieniach wstającego
słońca. Jeden z najpiękniejszych odcinków rzeki zwiastuje wyniosła
wieża zamku krzyżackiego i mury miejskie Brodnicy. Najpierw średniowieczne
znamię cywilizacji, a po chwili dzikie ostępy pośród łąk i lasów.
Mijam ujście Skarlanki, którą można dopłynąć na przecudnej urody
Pojezierze Brodnickie. Za ujściem rzeczki Brynicy wyłaniają się
brzegi pradoliny Drwęcy, wielkie jak góry, poorane głębokimi wąwozami.
Widok niezwykły, psychodeliczny niemal.
Ten dzień kończę o zmroku w Kurzętniku. To już województwo warmińsko
- mazurskie. Za rufą kolejne 64,8 km.
Z zakrętu na prostą
A skoro świt znów na wodzie. Bystrza i ostre zakręty nie odpuszczają
ani na chwilę. Mijam prastare - aczkolwiek nazwane Nowym - Miasto
Lubawskie. Prawdziwą ozdobę doskonale widzianą z poziomu wody stanowi
potężna bryła kościoła św. Tomasza Apostoła z XIV w. Kolejna historyczna
gratka na trasie to Bratian - dziś wieś, ale przed wiekami strzeżone
przez zamek krzyżacki miasto. Tu także wpada Wel - znana w całej
Polsce rzeka o charakterze górskim.
I nagle Drwęca łagodnieje. Nurt jest co prawda nadal żywy, ale ostre
zakręty to już przeszłość. Tak, rzekę wyprostowano uzyskując wielkie
obszary łąk. Krajobraz jest nadal ładny. Dominuje zieleń pastwisk
i pól uprawnych.
Piękna Ostróda
Następny punkt etapowy stanowi jaz w Samborowie. Kajak muszę przenieść
obok dawnych bunkrów pruskich strzegących budowli hydrotechnicznej,
by zaraz puścić się - już po stojącej wodzie- ku jezioru Drwęckiemu.
Stały poziom tego pięknego akwenu zapewnia rzeczony jaz. Teraz pędzę
ku widocznym z odległości 12 km wieżom ostródzkich kościołów. Widok
zupełnie bajkowy. Przed Ostródą z jeziora odchodzi Kanał Elbląski
z jedynymi w naszym kraju czynnymi pochylniami wodnymi.
Sama Ostróda jawi się jako perła na mało gustownej - bo dzikiej
i słabo zagospodarowanej turystycznie - wstędze Drwęcy. O charakterze
tego starego miasta świadczą zadbane przystanie żeglarskie, nadbrzeżne
tawerny i pomosty stanowiące rekreacyjne przedłużenie deptaków Starego
Miasta. Nie mam czasu na zwiedzanie, choć wiem, że atrakcji tu sporo
z zamkiem krzyżackim na czele.
Pierwsze 10 km powyżej Ostródy płynę bez najmniejszych przeszkód.
"Schody" zaczynają się za jazem w Idzbarku. Koryto niewielkiej
już rzeczki całkowicie zarastają gęste trzciny. Jakoś przebijam
się rąbiąc wiosłem przeszkody na prawo i lewo. I tak aż do jez.
Ostrowin. Przedsmak tego, co mnie czeka wyżej, daje mi już południowy,
niezwykle zabagniony kraniec tego niewielkiego akwenu. Ujścia mojej
rzeczki ukrytego szczelnie w trzcinach szukam 25 minut! A przecież
już zmierzcha.
Dalej zaczynają się trudne do wyobrażenia, dzikie ostępy. Skoki
przez zwalone drzewa, przeciskanie się przez szczelnie porastające
Drwęcę łozy i trzciny, to tylko część atrakcji, jakie zafundowała
mi na koniec natura. Uruchamiam moje lampy - szperacze zainstalowane
na pokładzie i ruszam do boju. To już, nomen -omen, Czarci Jar.
Kto wie czy pośród skrzypu rozcinanych dziobem szuwarów nie było
słychać dzikiego śmiechu czarta?
Wreszcie na brzegu widzę jakąś sylwetkę. To Zbyszek. - Stary, to
już koniec, Wola Rychnowska! - mówi, gdy jeszcze mieszam wodę rozkręconym
jak wiatrak wiosłem. A więc jeszcze raz się udało! Co najmniej 210
km w 64 godziny i 18 minut!
To już piąta rzeka
Rekord został ustanowiony w dniach 8, 9 i 10 czerwca 2003 r. Drwęca
jest piątą rzeką pokonaną przeze mnie w rejsach pod prąd, po Brdzie,
Wdzie, Gwdzie i Drawie. Jest zatem ostatnim elementem w tzw. Koronie
Rzek Pomorza. Termin nawiązujący do wspinaczek górskich, uzasadniony
jest także charakterystycznym układem tych największych rzek Pomorza,
płynących w przybliżeniu z północy na południe. Czy innym niż wspinaczką
jest pływanie kajakiem pod prąd? Tym bardziej, że na wymienionych
rzekach, jakkolwiek nizinnych, spotyka się bystrzyny, jakich nie
powstydziłyby się górskie potoki.
MAREK
WECKWERTH
2003 Drwęca

- O rany, jak ta woda sunie! - niemal wykrzykuje nad brzegiem szerokiej
rzeki Zbigniew Galiński, kierownik I Wyprawy Kajakowej pod prąd
Notecią. Jego słowa odbijają się od domów uśpionego jeszcze Santoka,
ale szum wody pochłania je jak gąbka. Takiej Noteci nie znamy -
ani niżej podpisany rekordzista, ani sędziowie Polskiego Związku
Kajakowego, którzy wyczyn nadzorują.
- A więc znów przyjdzie mi walczyć z żywiołem - mówię sobie pod
nosem, wodując mój jednoosobowy kajak. A miało być tak spokojnie.
Noteć ujętą w ryzy śluz i jazów znałem z okolic Nakła, Pakości,
Inowrocławia. Kto by pomyślał, że tu, u ujścia, ma zupełnie inne
oblicze. Z drugiej strony, to lepiej, bo każdy kto w przyszłości
poważy się zaatakować mój rekord, będzie miał do czynienia z takim
sam zadaniem. Nie małym, zważywszy, iż do najbliższej śluzy w Krzyżu
jest ponad 70 kilometrów. Cała zaś trasa w pobliże źródeł Noteci,
a dokładniej kanałami do Warty pod Koninem, liczy 360,5 km!
Włączajcie stopery!
- Panowie - zwracam się do sędziów - Leszka Derangowskiego
i Janusza Gacy - czas włączać stopery. Na mecie
będę za cztery dni! - oznajmiam dziarsko, choć bystra woda może
już "na dzień dobry" pokazać pazury. I pakazuje. Dawne
sztuczki wytrenowane podczas pięciu poprzednich rekordów na rzekach
Pomorza - miejscami o charakterze górskim - nie mają tu zastosowania.
Próżno szukać cofek i spokojniejszej wody przy wypukłych brzegach.
Noteć szlifująca zawzięcie sztuczne, kamienne brzegi, nie daje takich
szans.
Krajobraz za to, odsłaniający się coraz wyraźniej spoza opadającej
mgły, przepiękny. Płynę wszak Pradoliną Toruńsko - Eberswaldzką,
która podczas ostatniego zlodowacenia toczyła na zachód olbrzymie
wody. Szerokość tej rzeki wahała się od 2 do 25 km, co i dzisiaj
doskonale widać po ukształtowaniu terenu. Lewa krawędź pradoliny
- patrząc z mojej perspektywy - jest bliższa. Czasem rzeka zbliża
się do niej, pozostawiając tylko wąski skrawek płaskiego lądu. Warunki
naturalne całkowicie zdeterminowały charakter tutejszych miasteczek
i wsi. Rozciągnięte łańcuszkowo wzdłuż rzeki i drogi, pod wysoką
skarpą, przypominają miejscowości górskie. Krajobraz bajkowy niemal,
okraszony jeszcze gdzieniegdzie kikutami martwych już drzew, wciąż
jednak pięknych.
Puszcza Notecka
Po prawej, gdzieś hen po kres horyzontu - bo aż do Warty - rozpościera
się kraina do dziś tajemnicza, pachnąca w słońcu soczystą trawą
i wilgocią prastarych drzew. To Puszcza Notecka. Pośród potęgi natury
i historii tych ziem - do 1945 roku niemieckich - czuję się jak
łupinka rzucona na fale. Ale co tam, pracowicie mielę wodę wiosłem
i podziwiam wciąż nowe krajobrazy: tu stary majątek - widać - potrzebujący
kielni i farby, tam kompletnie zrujnowana stanica wodna, a jeszcze
gdzie indziej klucz żurawi hałaśliwie podrywający się do lotu. Można
się rozmarzyć...
Moja eskorta
Zaraz jednak przychodzi refleksja, bo choć od połowy XIX w. jest
szlak to żeglowny, to ostatnia wojna poczyniła tu zmiany wydawałoby
się nieodwracalne. Turysta wodny nie znajdzie już nawet zwykłego
pola biwakowego. Mnie ten problem nie dotyczy, bo mam własną, do
tego zmotoryzowaną eskortę brzegową. Zbyszek Galiński,
mój serdeczny kolega, szef firmy "Activitas"
i - wraz z Regionalnym Towarzystwem Wioślarskim "Bydgostia"
- sponsor kosztownej imprezy, czuwa nad wszystkim. Wie, bo dokładnie
wylicza kilometry, gdzie dojechać swoim fiatem doblo i podać mi
napoje energetyczne lub coś na ząb. Są z nim sędziowie, by skrzętnie
wypełniać protokół płynięcia.
Trzeba dodać, że korzystam z dwóch kajaków. Podstawowy to szybka,
ale wywrotna jedynka pożyczona od kolegi z Chełmna - Wojciecha
Pawlaka. Kajakiem zapasowym jest Aquarius
podarowany mi przed kilku laty przez gdańską firmę o tej samej nazwie
specjalne do pływania pod prąd. Jest wygodniejszy i bardziej stabilny,
a przez to doskonale nadaje się do nocnego pływania.
Byle do Krzyża
Pierwszym ważnym punktem etapowym na mojej trasie jest ujście Drawy
- gdzie wyruszałem pod prąd w 2003 r. - i nieco dalej śluza w Krzyżu.
Śluzowy nie może się nadziwić: - Toż do Krzyża nie dają sobie radę
łodzie ze słabszymi silnikami. Widocznie pan ma więcej "pary"
- dodaje. Za Krzyżem, za sprawą kolejnych śluz, Noteć jest już spokojniejsza.
Za to tworzą się olbrzymie ławice rzęsy wodnej. Kajak babrze się
w niej jak mucha w smole.
O godz. 20.00 jest już zupełnie ciemno. Zatem ruszam do boju uzbrojonym
w silne lampy Aquariusem, forsując kolejne śluzy, dywany utkane
z rzęsy, opędzając się od rojów nocnych owadów. Pierwszy dzień kończę
dopływając do śluzy przed Czarnkowem. Po chwili, siedząc już wygodnie
w samochodzie, jadę już do wynajętej przez Zbyszka kwatery w ośrodku
wypoczynkowym.
Statki na kontrkursie
Skoro świt znów jestem na wodzie, walcząc z zieloną inwazją rzęsy.
Za Czarnkowem pokonuję olbrzymi łuk rzeki wykręcającej z zachodu
ku północy. Teraz prosta ma kilkadziesiąt kilometrów poszatkowanych
śluzami z początku XX w. Dziś ruch na nich niewielki, ale ambicją
gospodarzy jest, by świeciły czystością, cieszyły oczy dywanami
traw i kwiatami w gazonach.
Przed miasteczkiem Ujście, które w historii Polski zapisało się
niechlubną kartą (kapitulacja pospolitego ruszenia przed Karolem
Gustawem w 1655 r.), Noteć znów zmienia kierunek na wschodni. Bardziej
niż historia zaprząta mnie jednak widok wyłaniającego się zza zakrętu
statku pasażerskiego "Władysław Łokietek" z Nakła. - Ach,
jaki piękny - wzdycham gdy równocześnie z dźwiękiem syreny pokładowej
pozdrawiają mnie urodziwe pasażerki. Jeszcze tylko ujście Gwdy,
która także w 2003 r. była miejscem startu do kolejnego mojego rekordu
i już dobijam do brzegu w centrum Ujścia.
Godziny popołudniowe to mozolne mieszanie niosącej rzęsę wody. Wzmógł
się też przeciwny wiatr. Chyba postanowił mi "dokopać",
skoro już prąd zwolnił. Widoki za to przednie z dominującymi po
lewej wzgórzami. Tymczasem na kontrkursie pojawia się stateczek
"Noteć 2" z Bydgoszczy, rozbijający kobierce zielonego
paskudztwa. Tym bardziej ochoczo wymieniam pozdrowienia ze sternikiem.
Po zapadnięciu zmroku rzeka wydaje się rozlewać w nieskończoność,
wodząc na manowce. Nawet moje silne szperacze nie są w stanie osiągnąć
tajemniczego, skąpanego we mgle brzegu. Dlatego płynę kierując wiązkę
światła na ... łabędzie. One doskonale znają rzekę. Poganiane kajakiem,
podrywają się do lotu, potem wodują, ale te białe punkciki niechybnie
wskazują mi drogę. Drugi dzień kończę na wysokości Osieka, bo następny
most jest za daleko.
Bliżej Bydgoszczy
Rano znów witają mnie mgły, a potem nieśmiało przebijające się przez
nie słońce. Gdzieś za tą jaśniejącą kurtyną przepływam z województwa
wielkopolskiego do kujawsko - pomorskiego. To pokrzepiające - coraz
bliżej rodzinnej Bydgoszczy, która wszak będę musiał ominąć bokiem.
Po kilku godzinach wiosłowania osiągam Nakło. Zrazu ładne, gdy z
oddali widać zachodnie przedmieście, ale już w centrum szare, brzydkie,
odwrócone do rzeki plecami.
Za Nakłem wpływam na Starą Noteć, czyli odcinek, który nie został
uregulowany i nie jest udostępniony dla żeglugi. Rzeka jest tu wąska
i kręta, a do tego niesie coraz więcej zanieczyszczeń. Po drodze
jednak miłe urozmaicenie - maleńka miejscowość Chobielin- Młyn z
okazałym budynkiem starego młyna i pięknie odrestaurowanym dworkiem.
Dalej przedzieram się przez ławice, kożuchy, ba - prawdziwe wielocentymetrowej
grubości kołdry rzęsy. Sytuacja poprawiła się dopiero za Władysławowem
(tym pod Rynarzewem), gdy wypływam na Górny Kanał Notecki. Prędkość
wzrasta do 10 km/h, ale średnia jest niższa za sprawą wciąż wyrastających
przede mną śluz i konieczności przenoszenia kajaka.
W Łabiszynie niespodzianka: na brzegu z blachą drożdżówki własnego
wyrobu czeka Apolonia Derangowska, żona mojego sędziego. Cała ekipa
brzegowa, ze mną na czele, pałaszuje pyszności w mig.
Zmierzch zastaje mnie w Pturku. Tu szybka zmiana kajaka na Aquariusa,
montaż oświetlenia i w drogę - przez jezioro Wolickie. Na jego przeciwległym
brzegu majaczą cztery światła, na które - według miejscowych - mam
płynąć. Mam jednak wątpliwości - jako że przepływałem już ten akwen
z przeciwnej strony. Dlatego w poszukiwaniu ujścia Noteci penetruję
przeciwny brzeg bardziej od północy. Mój wodniacki nos, drażniony
zresztą skutecznie "wonnościami" uchodzącej do jeziora
Noteci nie zawodzi. Wspomniane światła znajdowały się w Wolicach,
czyli znacznie dalej na południe Ok. godz. 22.00 osiągam Barcin.
Śmierdząca sprawa
Dopiero o świcie na własne oczy przekonuję się z jaką rzeką mam
do czynienia. To po prostu bulgocząca, gęsta zupa, a do tego śmierdząca.
Współczuję mieszkańcom i władzom Barcina, bo wiem, że robią wszystko,
aby czystość wody poprawić. Ale "zupa" płynie z góry.
Jez. Sadłogoszcz to zwykły osadnik nieczystości, a tylko niewiele
lepsze wrażenie robi większe jez. Mielno. Mijam Pakość z widoczną
z rzeki okazałą bryłą klasztoru zwanego Jerozolimą Kujawską, powstałego
w XVII w. na fundamentach starego zamczyska. Tu jakby rzeka jest
nieco czyściejsza, ale na wysokości inowrocławskich Mątw znów przypomina
rynsztok, tyle że żeglowny. I tak aż do prastarej Kruszwicy.
Gopłem i kanałami
Jest już wczesne popołudnie, a przede mną olbrzymie jezioro o długości
25 km (największy naturalny zbiornik wodny w Kujawsko - Pomorskiem)
i kolejne 32 km Kanału Gopło - Warta. Na Gople trzeba jednak wiedzieć
jak nawigować. Dlatego Galiński robi kserokopie dokładnych map i
dostarcza mi podczas krótkiego postoju pod Mysią Wieżą. Szybko żegnam
stolicę legendarnego Popiela, bo czas działa na moją niekorzyść.
Czystość wody w Gople jest już zadowalająca. Cieszą oczy zadbane
nabrzeża, przystanie, plaże i żagle na szerokiej wodzie.
O Gople można długo rozprawiać, ale nie czas po temu. Cztery kilometry
od chwili wpłynięcia na Kanał Ślesiński odnajduję ujście górnego
biegu Noteci. Woda przelewa się niemrawo przez betonowy próg stanowiący
jednocześnie brzeg kanału. Spoglądam na ten niepozorny ciek i już
wiem, że przy tak niskim stanie wody nie dałoby się płynąć. Plan
przewiduje zatem kontynuację rejsu aż do połączenia kanału z Wartą
w Koninie.
Późnym popołudniem przepływam szereg malowniczych i dobrze zagospodarowanych
turystycznie jezior Ślesińskich. Wreszcie przy zapadającym zmierzchu
przemierzam jez. Pątnowskie z rozświetlonymi na prawym brzegu niczym
choinka kominami elektrowni Pątnów. To chyba jedyny w Polsce nigdy
nie zamarzający - za sprawą zrzutu ciepłej wody - akwen. W kompletnych
ciemnościach wpływam na ostatni, 12-kilometrowy odcinek szlaku.
Przede mną jeszcze tylko dwie śluzy i wreszcie meta na trzeciej
śluzie. To już Konin. Za śluzą szumi Warta...
A więc udało się - po 89 godzinach i 39 minutach. Jest wtorek, 7
września 2004 r, godz. 21.39. Za rufą 360,5 km Wielkiego Łuku Noteci
od Warty do Warty.
MAREK WECKWERTH
2004 Noteć
|